Modlić się, to spotkać się z Bogiem
Autor: ks. Bernard Minvielle
Można go zobaczyć i posłuchać w oryginale, po francusku,
lub posłuchać polskie tłumaczenie
lub je przeczytać...
Spotkania 1 - 3
Spotkania 4 - 6
Spotkania 7 - 8

Czy możemy przejść „na ty” ?

Chcę ci opowiedzieć pewną historię. Prawdziwą historię 4 -5 letniego przedszkolaka. 

Nazwiemy go Tymoteusz. Przychodząc codziennie rano do przedszkola, stawał przed swoją nauczycielką powtarzając te same słowa: „Proszę Pani! nie wiem, czy tata mnie kocha; nie wiem, czy mama mnie kocha”.

Nie muszę ci mówić, że to dziecko było ogromnie zaniepokojone. Było jakby wewnątrznie zablokowane.

Pewnego ranka Tymoteusz  jak zwykle podszedł do swojej nauczycielki, tym razem jednak powiedział: „Proszę Pani wiem, że Bóg mnie kocha!”

Od tej pory jego życie zmieniło się diametralnie: rozwinął skrzydła na dobre. Oczywiście nie wszystko zmieniło się naraz w jednej chwili, ale to dziecko nadrobiło stracony czas i zaczęło się w pełni rozwijać. Co takiego się wydarzyło? W czym tkwił jego sekret?

Otóż, podobnie jak wszystkie inne dzieci z przedszkola, Tymoteusz zwykł udawać się do kącika modlitwy, to znaczy do odosobnionego miejsca w sali, gdzie każde z dzieci – odrywając się od swojej zabawy – mogło przyjść do Boga, kiedy tylko tego zapragnęło.

I tam dzień po dniu działo się „coś”. Co takiego?  Pewne spotkanie. Spotkanie dziecka z Kimś. Rzeczywiste, przemieniające spotkanie z Osobą - cudownym rozmówcą.

 „Teraz wiem, że Bóg mnie kocha !” Tymoteusz niczego więcej nie powiedział. Więc co takiego się stało? Czy Bóg do niego przemówił, czy mu się ukazał? Z pewnością nic z tych rzeczy. A więc co? Po prostu zrodziło się w nim przekonanie – które z czasem wzrastało  – że mu towarzyszy czyjaś milcząca, ale bardzo żywa i przyjacielska obecność, a nawet obecność kochająca, życzliwa i dająca ukojenie.

I w ten oto sposób znaleźliśmy się w sercu modlitwy. Na przykładzie Tymoteusza zmierzamy do samej jej istoty. Pomijając różne środki, techniki i formy modlitwy, których może być prawie nieskończenie wiele, modlitwa chrześcijańska jest przede wszystkim bardzo rzeczywistym spotkaniem. Spotkaniem z Kimś. Zrozumiałeś? Nie z pojęciem, nie z ideą lub mglistą abstrakcją, lecz z Kimś bardzo tajemniczym, ale także bardzo przyciągającym, kto zwie się Bogiem.

Drugim pewnikiem, który nam pozostawia Tymoteusz jest to, że naprawdę dzieje się „coś” podczas modlitwy, tak twojej jak i jego. I to mi się właśnie podoba w tym świadectwie. Mam przed sobą pozbawiony upiększeń bardzo prosty fakt: oto odkrywam, że Bóg jest dobry i że ja, marny pyłek, nabrałem wartości i jestem drogi w Jego oczach. Jednym słowem odkrywam, że Bóg mnie kocha.

Jednak nie będę ci przedstawiał żadnej teorii, ani  przeciągał tematu, żeby powiedzieć jak to funkcjonuje. Ponieważ dowodem na to, że naprawdę coś się dzieje są skutki tego działania.

Przez kilka lat nic nie mogło dać Tymoteuszowi poczucia bycia kochanym. Dorośli na różne sposoby usiłowali go o tym zapewnić i otoczyć miłością; nauczycielka przedszkola robiła, co mogła. Wszystko na próżno. Ta pewność zrodziła się w nim dopiero dzięki doświadczeniu, jakie przeżył w kąciku modlitwy, gdzie spotkał Boga. Jeszcze lepiej widać to na przykładzie świętych. Są  nimi kobiety i mężczyźni tacy jak ty i ja, ale których przobraziła modlitwa. U nich możesz odkryć wspaniałe człowieczeństwo, nigdy nie są stereotypowi, oni promieniują Bogiem!

Ostatnią rzeczą do zapamiętania z historii Tymoteusza jest to, że modlitwa jest czymś dziecięcym. W podwójnym znaczeniu tego słowa. Przede wszystkim dlatego, że nie jest niczym skomplikowanym! Owszem, trzeba się jej nauczyć. Zresztą to właśnie chcę ci zaproponować. Istnieje kilka praw modlitwy lub, dokładniej mówiąc, sztuka modlitwy, której uczą nas wielcy ludzie modlitwy, wirtuozi spotkania z Bogiem, a przede wszystkim Jezus. Ale nikt nie żąda od ciebie, żebyś najpierw ukończył studia w tym kierunku! Wydaje się nawet, że dzieci i ludzie prości najszybciej uczą się modlitwy. W każdym razie przykład Tymoteusza zachęca nas do tego. Co więcej, jeśli chodzi o modlitwę, przypadki  beznadziejne nie istnieją. Powrócimy jeszcze do tego tematu. A jeśli nawet należysz do kategorii niereformowalnie rozproszonych lub nudzących się na modlitwie albo tych, którzy już zaczynali się modlić, ale z tego zrezygnowali i tym podobnych, nie zniechęcaj się: modlitwa jest dla ciebie. Co więcej, ty i ja potrzebujemy jej tak samo jak Tymoteusz, kiedy napotkał na swej drodze trudności.

Modlitwa jest czymś dziecięcym przede wszystkim dlatego, że to twój synowski instynkt ochrzczonego najwięcej tutaj pracuje, twój instynkt syna lub córki Boga. Masz go w sobie. Zawsze wpaja się dziecku minimum zasad dobrego wychowania; już od małego uczy się je, jak ma postępować z innymi, ale to instynkt nakazuje mu to, co najważniejsze: tulenie się w ramionach mamy, obdarzanie zaufaniem tatę, przytulanie się do babci lub samodzielne znalezienie odpowiedniej postawy. Kiedy Tymoteusz idzie do swojego kącika modlitwy, nie idzie w nieznane. Jego nauczycielka już mówiła mu o Bogu, to prawda. Później będzie czytał Ewangelię i lepiej odkryje oblicze Boga w Jezusie, ale już teraz to dziecko nosi w sobie Ducha Jezusa, który woła: „Abba, Tatusiu!” Dobrą wiadomością jest to, że dorastając nie tracimy Ducha Świętego. On w nas jest, możemy na Niego liczyć i Go przywoływać. Jeśli chcesz zacząć piękną przygodę modlitwy lub ją kontynuować, zacznij do Niego wołać: „Przyjdź Duchu Święty, rozbudź we mnie synowski instynkt i kieruj nim, żebym mógł znaleźć Ojca i przeżyć prawdziwe z Nim spotkanie”.